Konserwatyzm, idealizm i (po)nowoczesność (Dla mojego Mistrza Krzysztofa Karaska)

Jestem wariatem, mam żółte papiery, bo każdy poeta jest trochę wariatem. Z punktu widzenia filozoficznego opowiadam się za idealizmem, bo nie znoszę zimnych realistów, oni brata poświęcą dla realizacji swoich planów, po trupach do celu. Czy idealista buja w obłokach, nie chodzi po ziemi? Pozornie. Mój ukochany, Lew Szestow, idealista, odsłonił mi przepaść i wskazał mi drogę do wiary. Cezary Wodziński we wstępie do wielkiej jego książki „Dostojewski i Nietzsche. Filozofia tragedii” (Warszawa 1987) czyni istotne uwagi:
„Myśleć – znaczy w tym wypadku precz odrzucić logikę i metodologię, zmieniać wciąż punkt widzenia, ciągle z innego miejsca na świat patrzeć, oddawać w ofierze najdroższe i najgłębiej zakorzenione przyzwyczajenia, smaki i nawyki, niepokoić i nieustawać w poszukiwaniach – nie mając przy tym żadnej pewności, czy wszystkie te ofiary nie pójdą na marne”.
Zwrot w polskiej humanistyce. Gwałt na logice i metodologii u schyłku komuny, kiedy to Szestow odkrył przed wojną. Humanistyka ma budować nowe sensy, poszukiwać języków i idei, a nie być żargonem dla paru quasi-specjalistów. Moja najnowsza książka naukowa o polskiej poezji XX i XXI wieku jest takim płynięciem pod prąd: „Umarł Tyrteusz, niech żyje Orfeusz. Idee – wartości – poezja” (Uniwersytet Rzeszowski 2014). Ten kierunek wyznaczył Zbigniew Herbert dawno, kiedy mówił, że należy płynąć pod prąd do źródeł, bo z prądem płyną tylko śmieci. Polacy teraz jak śmieci płyną z prądem.
Ostatnio Olga Tokarczuk (modna pisarka) w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedziała, że umarły stare(?-SD) idee, i nie widać nowej idei, więc może rozwiązaniem dla ludzkości jest wojna. Autorka „Prawieku” świetnie się wpisuje w dominującą narrację polityczną. Premier Donald Tusk przecież nie tak dawno powiedział, że nie wiadomo, czy polskie dzieci 1 września pójdą do szkoły. Przyjaciel Putina tak powiedział do Polaków i uciekł do Brukseli, gińcie w tym bagnie, które wam zrobiłem (jestem brutalny?). Tokarczuk świetnie wpisała się też w narrację zapomnianego „bruLionu”, poeci (Baran, Sendecki, Świetlicki) ogłosili po 1989 roku wulgarnie światu: „ni chuja idei za oknem”. Rechotanie, małolatom to się bardzo spodobało. Zresztą, Świetlicki, małpując Ginsberga, wymyślił „Świetliki”, chwyciło w tej demokracji „róbta, co chce ta”. Po co czytać tego moralistę Herberta, jak napisał kolega MŚ z Krakowa, „dupka Herberta”. Tak, kochani, cytuję tych genialnych ponoć poetów, są w podręcznikach szkolnych. Tokarczuk tylko wpisuje się w zgraną i banalną narrację, ale co nam proponuje, zabawę, erudycję, grę formalną, a za tym wszystkich New Age i pustka duchowa. Narażam się, tak, bo wolę jak Czesław Miłosz przedwojenną Marię Rodziewiczównę z polskich Kresów.
Kiedy autor „Trzech zim” ogłosił esej o Rodziewiczównie w paryskiej „Kulturze” był wielki szok, o kim ten noblista pisze, jakaś zapomniana pisarka dla kucharek i starych panien, a co w niej odkrył, nie gry formalne, nie „strumienie świadomości” i eksplozje artyzmu, ale stare, zapomniane wartości. Co cenił w życiu, ten „zdrajca” Miłosz? Cytuję z mojej książki, autor „Traktatu teologicznego” uważał, że przeszłości nie da się przekreślić, Simone Weil uważała, iż właśnie w przeszłości jest nasza odpowiedź na pytanie o przyszłość. A co nam się proponuje. Zapomnijmy o duchach wielkich przodków, tylko interesy, ekonomia, banki, cóż człowiek z chorą duszą, zagubiony, po co nam poezja, literatura, humanistyka? „Szlacheckie zaścianki” – przypomnijmy – były ośrodkiem oporu przeciwko rusyfikacji, komuniści rosyjscy „polskość” uważali za nie dającą się pogodzić z komunizmem.
W prozie Rodziewiczówny występują nieszczęśliwi, okaleczeni przodkowie, ale też jej bohaterowie są obdarzeni silną wolą zwróconą ku dobru. Olga Tokarczuk nie wierzy w dobro? Nie ma idei? Dobro dawane innym, powraca do nas. Wierzył w to Platon. Dobro ma uzasadnienie w tradycji i odwiecznym dekalogu (nawet mądrzy ateiści w to wierzą); miłość, między mężczyzną i kobietą, ale tylko wzniosła, łączy się z miłością i służbą ojczyźnie; najwyższe jednak miejsce zajmuje „altruistyczne poświęcenie się opiece nad ubogimi” (cytuję za Miłoszem, podobno „zdrajcą”?). Rodziewiczówna jest przede wszystkim „pisarką nieszczęśliwego społeczeństwa szlacheckiego”. Tak, Rodziewiczówna, powinna być dzisiaj obowiązkowa w polskiej szkole, a nie „brulion” czy Tokarczuk. Chyba, że chcemy – jak pisał Tadeusz Borowski w „Pieśni” – nowych troglodytów, barbarzyńców, którzy zabiją ojców i matki.
Ale, długa dygresja, konserwatyzm i (po)nowoczesność, wracam do ukochanego Szestowa i Wodzińskiego (takich tłumaczy i myślicieli już prawie nie ma). „Czy racjonalistyczna wizja świata, w której ginie sens indywidualnej egzystencji, jest jedyna możliwą interpretacją rzeczywistości?”. Jedyną, liberalizm proponuje tylko racjonalizm (przypadkowy rym). Po co nam piękno, prawda i dobro? Po co nam Kazanie na Górze? Mamy Internet i komórki. Źródeł prawdy – komentuje Wodziński – należy szukać w tym, co „niedorzeczne, paradoksalne i antynomiczne”. Przecież taka jest dobra poezja, gwałci wszelką logikę, poeci to wariaci. A co zrobić z filozofią przedsokratejską, to wspaniała poezja. Kto do niej wraca, Tokarczuk, Świetlicki, oni są ponowocześni. Tylko Rodziewiczówna proponuje stare, sprawdzone od wieków idee i wartości.
Za Tertulianem wyznaję: Credo, quia ineptum (Wierzę, ponieważ jest to niedorzecznością).
Poezja doszła do granicy nihilizmu i zamknęła się w formie niedostępnej dla zwykłych czytelników, dlatego od czasów modernizmu otworzyła się otchłań, poeci na wyspach naukowych, a cóż tam motłoch, poeci dla poetów i „badaczy owadzich nóg”. Po co piszemy? Dla kogo? Pycha tych wierszokletów jest porażająca, poezja już nie musi wzruszać, jest łamigłówką dla paru specjalistów, Mallarme zamknął drzwi dla miłośników poezji. Ratunkiem jest Mickiewicz i jego liryki lozański, płacze w nich nad sobą i ludzkością, bo zmierza do zagłady. Marian Stala ubolewa, że w rocznicę śmierci Miłosza nie ma debaty, dyskusji o twórczości noblisty, sami zabiliśmy głód poezji. Robimy dysertacje dla kogo, panie Profesorze? Dla kogo Pan pisze? Mamy postęp, który Baudelaire (kiedy to było?) definiuje jako „postępujący ubytek duszy, stopniowo rosnące panowanie materii”. Jeśli sami humaniści oddali się materii, czemu się dziwią, że nikogo już dusza nie interesuje. Autor „Kwiatów zła” przewidział tę zagładę romantyzmu. Doskonalenie formy, wyrafinowanie i pustka aksjologiczna: „ni chuja idei za oknem”. To się dobrze sprzedaje w demokracji liberalnej.
Hugo Friedrich pisze o autorze „Paryskiego spleenu”: „Miał wolę modlitwy, mówił w sposób pełen powagi o grzechu, był głęboko przeniknięty poczuciem ludzkiej winy…”.
Mój Szestow mówi, to, co możliwe dają ludzie, ułomni i grzeszni, tylko Bóg (nieważne jak Go nazwiemy, Ktoś? Niewyrażalny?) daje to, co niemożliwe. Upadają systemy filozoficzne, ale – powtórzę za Dostojewskim – jeśli mam wybierać między prawdą a Chrystusem, wybiorę Chrystusa. Nie ma w tym żadnego dogmatyzmu, ideologii, wybór absolutny, bo upadam codziennie. Znowu Herbert: „nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”. Miłosz: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego”. Różewicz: „szukam mistrza i nauczyciela”. Szukajmy prawd ostatecznych, nie bądźmy jak śmieci, które płyną z prądem. Tak, jestem drodzy barbarzyńcy, moralistą.

Rzeszów, noc 24-25 stycznia A.D. 2015