Imiona obcości

Wyobcowane wszystkie dni
wokół nas
przez nas i w nas
Stanisław Dłuski

Wybór wierszy Stanisława Dłuskiego ( ur. 1962 r.) zatytułowany Wiersze dla bezdomnych i wydrążonych stanowi dobrą okazję, by raz jeszcze podjąć próbę (prze)czytania tej poezji. Jest to o tyle istotne, że Dłuski zapisał w swych wierszach tak intensywne, autentyczne, wiarygodne a zarazem tragiczne i dramatyczne  doświadczanie swego istnienia w świecie, że wobec tego zapisu niepodobna pozostać obojętnym. Można by rzec, iż autor Szczęśliwie powieszonego, pomijając ponowoczesne gry  literackie, podjął istotne modernistyczne tematy dotyczące sensu istnienia każdego z nas oraz wartości ów sens zabezpieczających.
Poezja Dłuskiego wymyka się prostym podziałom na:  klasycyzm i  barbarzyństwo, autentyzm i grę konwencjami, doświadczenie personalne i laboratorium języka, „bebechy” i ideę,… Tego rodzaju podziały nie są w stanie uchwycić… polifonii tej poezji. Bo też jest to poezja wielogłosowa, zwłaszcza gdy idzie o kreacje person lirycznych, rodzaje wiersza, zaplecze literackie i kulturowe, strategie egzystencjalne i intelektualne.
A jednak cała ta „maszyneria” intelektualna, literacka, kulturowa jest raz po raz w wierszach Dłuskiego kwestionowana.  Dlaczego? Gdyż nie na wiele się  przydaje w osobistych zmaganiach ze światem, stanowiąc rodzaj maski, zasłony, iluzji. Czym więc jest, zdaniem poety, rzeczywistość?  Otóż jest nagością  obcością, daremnością zawsze i wszędzie. Można powiedzieć, że poezja autora Domu i świata to rodzaj obsesyjnego tropienia degradacji i dewaluacji sensu w wielu przestrzeniach i na wielu polach.
Dłuski zaczyna jednak pod auspicjami epifanii i arkadii.  Pierwsza część Wierszy dla bezdomnych i wydrążonych zawiera utwory  wyrażające nie tylko zachwyt nad cudem istnienia, ale nade wszystko odkrycie sensowności bytu jako takiego. Poeta czyni to odkrycie w pejzażu rustykalnym. Właśnie ten rodzaj przestrzeni/miejsca/krajobrazu wtajemnicza go w coś, co można nazwać… kosmiczną całością znaczeń.
W tych wierszach wszystko jest na swoim miejscu; ma swoją genealogię, sens, cel. Każde istnienie przynależy do całości i określa swoje miejsce w ramach tej całości. Nawet w utworach zdających sprawę z nieuchronności przemijania, personalnej degradacji, poczucia daremności i znużenia wyczuwamy twardy sens tego wszystkiego. Mamy poczucie, że nasza przygodność, chwilowość, znikomość wpisują się w coś więcej, że mają swe  miejsce w uniwersum. Istniejemy w świecie, który nie tylko znaczy, ale pilnuje sensu pomiędzy znaczącymi elementami całości, który zabezpiecza ów sen poprzez budowanie relacji opartych na ludzkim i ponadludzkim  odnoszeniu się do wszystkich form życia i przejawów istnienia.
Moment załamania wiary w kosmiczny, światowy, personalny ład stwarza, w pewnym sensie, Dłuskiego jako poetę. Nie byłby on tym kim jest, gdyby w pewnym momencie nie odkrył, że, w świecie w jakim przyszło mu żyć, jest już tylko „błaznem ze świętym obrazkiem”, idealistą, upominającym się o wartości, które znakomita większość z nas traktuje, w najlepszym razie, pragmatycznie nie zaś maksymalistycznie. Konsekwencją tego rodzaju rozpoznań jest poczucie nieprzystosowania, samotności, obcości. Zanim jednak do tego dojdzie, Dłuski jest poetą afirmacji, który egzystencją i wierszem stara się budować… dom.
Właśnie dom staje się w tej twórczości słowem kluczowym ,poprzez które poeta opisuje relacje z samym sobą, drugim człowiekiem, miejscem dzieciństwa i młodości, światem. Dramat bohatera tej poezji i samego poety zaczyna się z chwilą wyjścia z rodzinnego domu. Im częściej próby tworzenia własnego domu  kończą się porażką, tym mocniej dom rodzinny i Dębowiec jako „mała ojczyzna” uzyskują status miejsca mitycznego i  magicznego. Istnieją  nieledwie in illo tempore, a więc w czasie, gdy wszystko było pełną życie i sensu. Utrata tego miejsca stanowi dla bohatera poezji Dłuskiego osobistą katastrofę, gdyż w każdym innym miejscu, wcześniej czy później, odkrywa własną obcość. Wygląda to tak, jakby każde inne miejsce poza „starym domem” nie nadawało się do życia i zamieszkania. Bohater przeżywa własne istnienie jako rzucone w coś, czego nie sposób oswoić, w czym niepodobna zamieszkać, z czym nie udaje się ustanowić głębokiej więzi. Tak postrzegane miejsce staje się „ziemią wygnania”, „jałową ziemią”, przestrzenią infernalną, w której można już tylko obumierać fizycznie i duchowo.
Nic więc dziwnego, że bohater tej poezji wraca do rodzinnego Dębowca, by odzyskać obrazy, które fundowały sens jego życia, ale także po to, aby pobyć z ludźmi uosabiającymi autentyczne człowieczeństwo. Tymi ludźmi są: ojciec, matka, rodzeństwo, sąsiedzi. To ich istnienie zabezpiecza ład świata, to z nimi poeta czuje się dobrze, u siebie, na swoim miejscu. Śmierć rodziców i przyjaciół ten świat de facto niszczy, odbiera mu żywotność a zarazem przemieszcza w sferę wspomnienia, nostalgii, tęsknoty.
W części drugiej Wierszy dla bezdomnych i wydrążonych dominują takie gatunki jak: elegia, psalm, lament, wskazujące na nieuchronne odchodzenie ludzi i degradację miejsc, które ci ludzie naznaczali własną podmiotowością. Śmierć najbliższych sprawia, że nawet miejsca, które uznawało się za własne, zioną pustką i chłodem, potęgując poczucie samotności i obcości:
“Samotność w starym domu, kwiaty
pajęczyn na białych ścianach,
kurz w sercu, kiedy odsłania
ogrody stron (umarli
nucą niebo między tobą i śmiercią).
Samotność”

Wyprawa do domu dzieciństwa i młodości nie udaje się, bowiem nie sposób odzyskać tamtych przeżyć i znaczeń w ich intensywności i niepowtarzalnej aurze. Pozostają dwie możliwości; albo upieranie się przy tym, by odzyskać stratę, której niepodobna odzyskać, albo tworzenie hic et nunc własnej rzeczywistości, opartej nie na sentymentalnych wspomnieniach, lecz na realnych zmaganiach z codziennością. Dłuskiemu nie udaje się satysfakcjonująco tworzyć siebie i swej rzeczywistości, gdyż nie potrafi pożegnać się z mitem… starego domu. Co więcej, ten mit tym bardziej zyskuje na sile i znaczeniu, im gorzej radzi sobie bohater ze swym codziennym życiem.
Poezja autora Domu i świata daje się interpretować jako zapis egzystencjalnej porażki, życiowej przegranej. Nic więc dziwnego, że często przybiera formę wyznania, skargi, lamentacji, spowiedzi. Są to ekspresywne notacje, w których oskarżenia wobec dehumanizacji współczesnego świata przeplatają się z samooskarżeniami. W tych drugich bohater bynajmniej siebie nie oszczędza, upatrując w sobie samym źródła własnych porażek:
“Wreszcie odpokutować za ten brak
pokuty, mówię do ciebie, ty kanalio,
kłapcie, nie gap się w lustro wiersza,
nie chowaj za ołtarzem ego, nie strasz
dzieci przestraszonych już światem
Ty kanalio, ty poeto”

Bohater Dłuskiego zdaje sobie sprawę, że zadaje ból najbliższym, niszczy relacje z żoną i córką, zraża do siebie przyjaciół i kolegów. Czyni to jednak powodowany swoistym… imperatywem autentyczności. On po prostu nie godzi się na konwencjonalność, powierzchowność, miałkość interpersonalnych relacji. Pragnie, aby te relacje miały swą rangę, temperaturę, sens, by ustanawiały rodzaj trwałej więzi, a nie tylko sprowadzały się do chwilowej znajomości czy przygody. Dłuski przykłada maksymalistyczne miary do takich wartości jak: miłość, przyjaźń, wierność, uczciwość, poezja … dlatego skazuje siebie na obcość, osamotnienie, inność. Przywoływane często w tej poezji figury: Hioba, syna marnotrawnego, poety przeklętego, flâneura czy kloszarda wskazują właśnie na obcość bohatera w odczłowieczonym świecie. Stanowią ponadto próbę obrony własnej wolności i suwerenności w realiach, które unifikują, formatują, utylitaryzują, słowem, depersonalizują człowieka.
Bohater Dłuskiego woli istnienie na marginesie, obrzeżu, pustyni niż w mainstreamowych salonach, które ekscytują się sezonowymi „wielkościami” i równie chwilowymi modami. Dla poety doświadczenie pustyni wydaje się dlatego ważne, gdyż wskazuje na taką intensywność ryzyka, które stawia na jedną kartę własne życie. Bycie poetą i uprawianie poezji wpisuje się w to ryzyko, gdyż stanowi artykulację ekstremalnych stanów, jakich doświadcza konkretna osoba. Autor Szczęśliwie powieszonego zdaje się uważać, że nie ma istotnego poznania bez… przekroczenia.
Miejscem poniżenia, upadku, degradacji człowieka jest miasto. W wierszach Dłuskiego jest ono przestrzenią odhumanizowaną, w której osoba zatraca „całopersonalność”, stając się funkcjonalnym ( i wymienialnym) elementem „abstrakcyjnych systemów” albo też człowiekiem zbędnym, nadliczbowym, niepotrzebnym. Miasto jest miejscem nudy, melancholii, degradacji, poniewierania tego, co w człowieku szlachetne, subtelne, wzniosłe.
Bohater wierszy Dłuskiego konsekwentnie odrzuca blichtr miasta; jego kolorowy nic nieznaczący jazgot. Wybiera relacje ze „skrzywdzonymi i poniżonymi”, gdyż to właśnie oni jawią mu się jako prawdziwi krytycy metropolii, obnażający jej nieludzkie zasady i mechanizmy. Solidaryzując się z ich losem, wybiera życie bez celu i planu, życie, które jest rodzajem „niepotrzebnej namiętności”(Sartre):
“wolę wegetacje na pustyni
nie mam projektu
nie wiem w którą
stronę iść
(…)
słucham swoich wnętrzności
ich szept wieczorny poranny
budzi słowa
wolne
bez powinności
i posłannictwa
Koledzy snują pajęczyny”

Nie idee, projekty, teorematy ale bolące ciało i cierpiąca psychika stają się źródłem istotnej wiedzy o życiu jednostkowym i zbiorowym. Tej wiedzy, zdaje się podkreślać poeta, nie są w stanie wypowiedzieć wiersze „tłumaczone na wszystkie języki świata”, utwory, zalecające się: pięknem, pomysłowością, udawanym buntem czy równie „poprawnym poetycko” moralizatorstwem. Tu potrzebne jest słowo zupełnie inne; kalekie, ubogie, bezradne, bezdomne. I właśnie taki rodzaj wiersza Dłuski konsekwentnie uprawia, zdając się na  szczęśliwy traf, automatyzm skojarzeń, ostentacyjnie banalne rymy czy, zdawać by się mogło, zużyte koncepty i strategie. Nie literackość wiersza jest tu bowiem ważna, ale jego wiarygodność w odniesieniu do tak a nie inaczej przeżywanego istnienia; tej podmiotowej ekstazy, która o tyle znaczy, o ile wymyka się przeciętności, powtarzalności, standardowości. Właśnie takim wierszem obnaża poeta tandetę codziennego istnienia, pokazując miałkość i jałowość naszych marzeń, projektów, realizacji. Wiersz Dłuskiego jest nagi, bo „król” jest nagi, a im częściej ów „król” zakłada modne i wymyślne ubranka, tym jego nagość staje się jeszcze bardziej oczywista.
Czytając Wiersze dla bezdomnych i wydrążonych, nie wolno zapominać o tym, że Dłuski jest poetą religijnym. Co to znaczy? Otóż znaczy to dokładnie tyle, że nie byłby on tym, kim jest jako osoba i poeta, gdyby nie… religia. Od razu dodajmy, że chodzi o tę postać religii, którą określamy mianem polskiego katolicyzmu, a jeszcze dokładniej, polskiego katolicyzmu w jego wersji ludowej, wiejskiej. Nie  na darmo w wierszach autora Lamentacji syna ziemi pojawiają się wątki maryjne i pasyjne, szczególnie ważne dla ludowej religijności.
Religijność autora Starego domu ukształtowana została podług modelu wiejskiego, opartego nade wszystko na: emocjonalności, obrzędowości, wspólnotowym przeżywaniu i zbiorowej ekspresji. Tak przeżywana i doświadczana religijność została zderzona, w okresie młodzieńczym i studenckim, z intelektualnym podejściem do wiary i religii, w którym liczy się nie tylko credo ale także intelligo. Z pogodzeniem tych dwóch podejść do wiary Dłuski zawsze miał kłopot, a ów kłopot stał się szczególnie dotkliwy, gdy poeta zaczął postrzegać siebie jako kogoś… „zdradzonego przez kulturę”.
Skoro bowiem odkrył, że kultura jest domeną gry opartej na przypadkowych i arbitralnie ustalanych regułach; regułach, dodajmy, które, nie mając żadnego przedustawnego umocowania, podlegają zmieniającym się: modom, koniunkturom, środowiskom, próżno w niej szukać ostatecznego oparcia. A rzeszowskiego poetę, w pewnym sensie, tylko takie oparcie interesuje. Skoro kultura nie potrafi takiego oparcia zagwarantować, musi on szukać sfery wartości, z którą się identyfikuję, która go wzmacnia, bo nadaje sens jego życiu.
Dłuski próbuje więc wrócić w obszar kultury chłopskiej, ale szybko orientuje się, że czegoś takiego już nie ma. Utwierdzają go w tym dotkliwym rozpoznaniu powroty do „starego domu”. Jego rodzinny Dębowiec przypomina rezerwat, w którym tubylcy dogorywają, gdyż nie mają do zaoferowania nic, czym byłby zainteresowany współczesny świat.  Nasz bohater utożsamia się z tymi ludźmi, bo na dobrą sprawę ich przypomina. Cóż z tego, że jest poetą, krytykiem, literaturoznawcą, skoro na wiedzę i umiejętności, jakie oferuje, istnieje coraz mniejszy popyt!
Wracając do religijności, trzeba  podkreślić, że rozgrywa się ona u Dłuskiego w trójkącie: grzech – wina – próby ekspiacji. Rzeszowski poeta podpisuje się pod chrześcijańskim wyobrażeniem człowieka jako istoty fundamentalnie skażonej, ułomnej, niedoskonałej. Tym samym odrzuca te antropologie, wywodzące się z renesansu i oświecenia, które widzą w człowieku demiurga, kreatora, nowego Prometeusza. Znacznie bliżej mu do Dostojewskiego, który ukazywał człowieka jako istotę paradoksalną, wymykającą się racjonalistycznym utopiom, projektom, modelom, istotę, którą stać na szlachetność i wzniosłość, ale również niewolną od małostkowości, podłości, okrucieństwa.
Dla religijności Dłuskiego kluczowe wydaje się jednak nowotestamentowe wyobrażenie Boga jako miłosiernego i wybaczającego ojca. Często przywołuje się w tej poezji nie tylko postać syna marnotrawnego, ale również  motyw de profundis, pozwalający poecie opisywać wymiary własnego upadku, ale też szukać wyjścia z sytuacji „wołającego z głębokości”, „leżącego na dnie”. Jednym z tych wyjść wydaje się być… spowiedź wierszem.  Ma ona potwierdzenie w poezji, gdyż wiele utworów Dłuskiego posiada strukturę religijnych konfesji, osobistych spowiedzi z nieudanego, pokiereszowanego, zmarnowanego życia. Właśnie te spowiedzi, szczere, odważne, bezkompromisowe, stanowią rodzaj oczyszczenia a przez to również umocnienia, utwierdzenia w przekonaniu, że nie wszystko stracone, że nawet jako „zardzewiały liść”, „szmata do podłogi” wciąż mam szansę, aby się podźwignąć i powrócić do „żywego życia”. Właśnie wiersze-spowiedzi są w moim przekonaniu najważniejszymi utworami Dłuskiego. I nie walory literackie o tym przesądzają, ale odwaga, szczerość, uczciwość, w nazywaniu indywidualnej sytuacji i ponadindywidualnej kondycji współczesnego człowieka.
Wybór Wiersze dla bezdomnych i wydrążonych ważny jest jeszcze z innego powodu. Otóż Stanisław Dłuski pisze również w imieniu tych, których społeczeństwo hołdujące wydajności, konsumpcji, sukcesowi, hedonizmowi marginalizuje i degraduje. Biorąc w obronę wykluczonych, upomina się poeta o prawo do szacunku i godności także dla tych, którym się nie powiodło, którzy codziennie muszą walczyć o utrzymanie się na powierzchni życia. W tym sensie poezja Dłuskiego jest nade wszystko wołaniem o wartości, a nie realizowaniem poetyckiej strategii, kreowaniem siebie i własnego świata, cyzelowaniem formy czy kontestacją na pokaz. Pewnie mógłby i tak, gdyż jako krytyk i literaturoznawca wie, jak się to robi. Wybiera jednak co innego, gdyż poważnie traktuje poezję oraz jej powinności wobec świata. Te powinności są zasadniczo dwie; „odpowiednie dać rzeczy słowo”(aspekt poznawczy) oraz „być z tymi, których jest mniej, i którzy są poniewierani”(aspekt etyczny). Wszystko inne, zdaje się uważać Dłuski, jest poniżej poezji i sprowadza się do intelektualnych i estetycznych gier oraz środowiskowych i medialnych koneksji. Nietrudno więc zauważyć, że autor Wierszy dla bezdomnych i wydrążonych podpisuje się pod maksymalistycznymi wyobrażeniami poezji. I niech nas  nie zmyli wiersz Dłuskiego, nierzadko staroświecki, zgrzebny, świadomie przetrącony i nieporadny, gdyż ten wiersz nie tylko przekonująco diagnozuje naszą rzeczywistość, ale potrafi także tę rzeczywistość skutecznie artykułować.
I jeszcze jedno. Wybór Wiersze dla bezdomnych i wydrążonych rejestruje etapy przez jakie przechodził poeta i jego poezja. Być może pewne obszary doświadczeń i artykulacji są wyczerpane, zamknięte, z kolei inne dopiero się otwierają, wszak egzystencja sygnowana jako Stanisław Dłuski wciąż się wydarza, a karawana idzie dalej.

Grzegorz Kociuba
lipiec 2012