Dokąd zmierzasz poezjo?

W twórczości dla mnie ważne jest myślenie w kategoriach ciągłości, gruntowne przemyślenie tradycji dalekiej i bliskiej, co pozwala wyciągać wnioski na dziś i jutro, do niedawna poeci żyli w Polsce w cieniu mistrzów, dwóch noblistów, Zbigniewa Herberta czy zmarłego niedawno Tadeusza Różewicza, ale niektórzy upomną się o poetę z moich stron, Juliana Przybosia z Gwoźnicy, którego śmierć w 1970 była (przynajmniej zdaniem Jana Błońskiego) symbolicznym zamknięciem historii awangardy.
Młodzi poeci, przynajmniej związani z „brulionem” nie szukali w dalekiej, polskiej czy europejskiej tradycji inspiracji, zwrócili się w stronę Nowego Jorku, do poetów takich jak Frank O`Hara czy John Ashbery, dla takiego myślenia alternatywę proponowali neoklasycyści (Krzysztof Koehler czy Wojciech Wencel), ale istotne stało się pytanie, czy wnieśli oni coś istotnego w sensie artystycznym? Bo sam autobiografizm, prywatność, kolokwialność czy – jak ja to nazwałem w tekstach krytycznych – dykcja „niska” w opozycji do dykcji „wysokiej”, nie były przecież czymś nowym w literaturze polskiej i zachodniej. Brak nowych idei, poczucie zagubienia aksjologicznego, niszczenie wszelkich autorytetów, obyczajowe skandale (kto jeszcze pamięta poetę, który przykuł się do bramy Ministerstwa Kultury; kto pamięta niejakiego Sajnóga z „brulionu”, który pisał za przeproszeniem o „flupach z pizdy” i później trafił do sekty religijnej; Tekieli, b. naczelny, nawrócił się i pisze w prawicowych pismach), porównywanie się do Skamandrytów, czy to było takie nowe i odkrywcze? Poeci „brulionu” skromnością nie grzeszyli.
Powiedzcie mi więc, gdzie jest ten nowy Lechoń czy Wierzyński? Gdzie jest tak wszechstronny pisarz jak Jarosław Iwaszkiewicz, do którego młody Miłosz pisał „uwielbiam pana”. Powiecie, autor „Panien z Wilka” komuch, a wyobrażacie sobie polską literaturę bez „Iwachy”, jak o nim w ZLP mówiono… Ówczesny związek był naprawdę pluralistyczny i demokratyczny w warunkach PRL-u. Zobaczcie dzisiaj, dwa biedne i skłócone stowarzyszenia. Ale to wszystko zmierza do ogólnej mojej tezy, że pewien paradygmat się wyczerpał i eksperymentowanie w zakresie formy często zasłania najważniejsze zadanie poezji, czyli pytanie o sens życia, wkraczanie na obszary, gdzie – jak pisze autor „Trzech zim” – „umysł zmaga się z brakiem sensu”. Odżywa stary spór między Witkacy i Karolem Irzykowskim o formę i treść. Co w tym wszystkim ma robić biedny Czytelnik?
W 1990 roku Czesław Miłosz na Uniwersytecie Jagiellońskim wygłosił wykład pt. „Przeciw poezji niezrozumiałej”, przedrukowany później w książce „Życie na wyspach” (Kraków 1997), szkoda, że w dziesiątą rocznicę śmierci polskiego noblisty nie odbyła się szeroka debata na temat spuścizny wielkiego poety, wspomniany esej – moim zdaniem – powinien być obowiązkową lekturą dla młodych czy wstępujących do literatury wierszokletów. Wielu z nich uważa się za wyjątkowych i powtarza za awangardą, że pisze dla wybranych, kryje się w tym znana skądinąd pogarda dla „motłochu”. „Dobro i zło – komentuje współczesne myślenie autor „Pieska przydrożnego” – nie posiada żadnego metafizycznego fundamentu”, a człowiek „wznosi się ponad siebie tylko w sztuce”. W świecie bez Boga następuje sakralizacja sztuki, która żywi się sama sobą, nie potrzebuje już naszej wrażliwości, naszej duszy (kto o niej pamięta?), hasło „miej serce i patrzaj w serce” jest dobre dla przedszkolaków…?!
Z Grzegorzem Kociubą, przyjacielem z grupy literackiej „Draga” ( wydaliśmy na początku lat 90. almanach „Ślepcy pod słońcem”, miała to być alternatywa dla estetyki „brulionu”) toczę od dłuższego czasu spór o sens eksperymentowania w poezji (literaturze w ogóle), jak daleko poeta może się posunąć w wyrafinowaniu formy, języka, obrazu etc.? Mój szanowny adwersarz, notabene świetny poeta i krytyk, broni poezji pisanej tylko dla poetów i tzw. poezji hermetycznej, bo niby przyczyniają się one do rozwoju formy artystycznej (np. neolingwizm). Ja stoję po stronie Miłosza, który uważał, że liryk nie powinien skazywać Czytelnika na „męki wyższego rzędu”. No, ale, ktoś powie, „poeta ponowoczesny” (co to za zwierzę mające za nowego idola, majora KBW Zygmunta Baumana?) wcale nie chce jak Wieszcz „zabłądzić pod strzechy”, chce być przedmiotem naukowych dysertacji, tworzy rzeczy dla wybranych, dla „badaczy owadzich nóg”…
Miłosz jest przeciwko „potokowi kunsztownych metafor” (dla Awangardy Krakowskiej metafora była istotą poezji), przeciwko „wyzwolonej z potocznych znaczeń tkance językowej”, wyznaje, że szuka „czystości rysunku, prostoty i zwięzłości”. Tu mi się przypominają cudowne „Zdania i uwagi” Mickiewicza, który pod koniec życia pisał, że „trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę”. A iluż wierszokletów płodzi tomik za tomikiem, a życie ucieka i przecieka przez palce, pozostaje gra i zabawa formą. Wiersz – zgadzam się z Herbertem – powinien być „przeźroczysty”, za to atakowali autora „Pana Cogito” nowofalowcy. Po latach zrozumieli, że miał jednak rację.
Moja polemika z Kociubą sprowadza się do tezy, że moderniści francuscy i nasza awangarda, doprowadzili poezję dla poetów i poezję hermetyczną do granic wytrzymałości…, dalej iść się nie da. Taki na przykład Stephane Mallarme czy nasz Przyboś, czy poza studiami filologicznymi są czytani? Wiele do myślenia daje tekst Hugo Friedricha o Mallarme („Struktura nowoczesnej liryki”), pisze on, że w tej poezji „mowa już nic nie komunikuje”, znika tradycyjna wspólnota między nadawcą (autorem) a odbiorcą (czytelnikiem), „mówi on po to, aby nie być zrozumianym”. Absurd? Tak, dokładnie, absurd poezjowania i czytania, podziw dla kunsztu formalnego, struktury, rymów itd. Przyjemność estetyczna? Dziękuję, ja chcę „strawy duchowej”, ja chcę, szukam, pragnę, choćby małego sensu, zgadzam się z Miłoszem, że poeta (czy tzw. intelektualista) nie powinien gorszyć „maluczkich” i mówić, że Boga nie ma. Mallarme to dla mnie poeta, który w lombardzie zastawił serce w zamian za „intelektualizm”.
Są jednak rzeczy u francuskiego poety, które pokazują ontologiczną sytuację człowieka (po)nowoczesnego i stąd płynące zagubienie współczesnych poetów. „Ideał” nie jest już obdarzony metafizycznym istnieniem. W liście z roku 1867 pisze o doświadczeniu „absolutnych ciemności” i dodaje: „Zniszczenie stało się moją Beatrycze”. Dzisiaj po Auschwitz, Kołymie, wojnie na Bałkanach czy Ukrainie, po 11 Września już nie ma co niszczyć, jeśli poeta chce się bawić w nicowanie tego, co już dawno zostało „przenicowane”, to nic nie zrozumiał z historii poezji i z nowożytnej historii ludzkości.
Nie rozumiem więc pretensji poetów, że nie są czytani, nie jest to tylko kwestia nowych mediów i nowych form rozrywki, ale nie odnajdują u nich biedni i zagubieni Czytelnicy żadnej pociechy i duchowej strawy, o wiele więcej daje lektura biblijnych Psalmów, czy starożytnej poezji chińskiej lub japońskiej. Nie chodzi o łatwe pociechy, chodzi o literaturę, w której „groza i cześć mogą w nas trwać równocześnie”. I to jest ważne przesłanie Czesława Miłosza, które powinno stać się tematem szerokiej debaty, jeśli poezja ma jeszcze dla nas jakiś sens.

Rzeszów, 7 lutego A.D. 2015
Like ·